Biebrzańskie pejzaże są kapryśne. Nic tutaj nie trwa długo. Zmienia się światło, przejrzystość powietrza i nasycenie barw, ale jest coś jeszcze - obecność zwierząt. Nie zawsze je widzimy, ale wiemy, że cały czas są gdzieś blisko. To sprawia, że tutejszy pejzaż ma własne wyczuwalne tętno życia. Wystarczy tylko być uważnym i cichym, a to tętno staje się naszym własnym. Trudno i daremnie byłoby opisywać ten stan szczególnej więzi z naturą, ni to wyczekiwania, ni to gotowości na to, co się wydarzy. Ten, co go przeżył, sam wie o czym piszę.
Z tego właśnie powodu biebrzański pejzaż bez łosi, żurawi, saren, gęsi lub innych zwierząt wydaje się być niedomknięty - czegoś jakby mu brakuje. Jakiś dziwny niedosyt sprawia, że chociaż i tak otacza nas piękno, wyczekujemy nadal na coś jeszcze. Dopiero pojawienie się zwierząt dopełnia obraz naturalnie i niczego już nadto nie potrzeba do idealnej całości.
Pozostaje już tylko zamknąć i zapisać wszystkie te cuda w jednym dobrze skomponowanym kadrze, oknie, przez które oglądamy to, co mija już w chwili trwania, a my nie do końca chcemy się z tym pogodzić.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łanie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 12 marca 2018
poniedziałek, 24 października 2016
Jesienny szron poranny.
Jesienne szrony obserwuję najczęściej w listopadzie. Liści na drzewach już wtedy nie ma. Drewniane kołki śródłącznych płotów, turzyce, krzewy, bywa, że nawet konary drzew bieleją. Wygląda to tak, jakby ktoś wyrysował w biebrzańskim pejzażu czarodziejskie linie, białą kredką. Zimą też, zwłaszcza w mgliste poranki zdarzają się takie oszronienia.
W tym roku szron zawitał do Kapic już w październiku. Przyszedł razem porannymi przymrozkami. Nie sięgał jeszcze szczytów i koron wysokich drzew, ale i tak pięknie pobielił krzewy i turzyce. Przybierał też ciepłe tony i barwy porannego światła, brał trochę zieleni z traw i rudawych odcieni z turzycowiska.
Poranne przymrozki szybko jednak odeszły, nie zadomowiły na dłużej. Kiedy powrócą do Kapic, razem z nimi powróci i szron, spotka się z biebrzańskimi mgłami i jak co roku wybieli drzewa, aż po ich czubki.
Zdjęcia szronu ze strony fotopozytywy:
http://iwaszko.fotopozytywy.pl/index.php?tag=130
W tym roku szron zawitał do Kapic już w październiku. Przyszedł razem porannymi przymrozkami. Nie sięgał jeszcze szczytów i koron wysokich drzew, ale i tak pięknie pobielił krzewy i turzyce. Przybierał też ciepłe tony i barwy porannego światła, brał trochę zieleni z traw i rudawych odcieni z turzycowiska.
Poranne przymrozki szybko jednak odeszły, nie zadomowiły na dłużej. Kiedy powrócą do Kapic, razem z nimi powróci i szron, spotka się z biebrzańskimi mgłami i jak co roku wybieli drzewa, aż po ich czubki.
Zdjęcia szronu ze strony fotopozytywy:
http://iwaszko.fotopozytywy.pl/index.php?tag=130
sobota, 2 lipca 2016
Letnich wędrówek ciąg dalszy - fotograficzny notes.
Tym razem proponuję kontynuację poprzedniego postu. Na łąkach i w brzezinie nadal jest parno i gorąco. Ślepaki oszalały i niemiłosiernie tną wędrowca. Skwar i owady wyganiają z otwartych przestrzeni nawet zwierzęta. Najłatwiej zobaczyć sarny, inne spotkania stały się rzadsze. W takich warunkach najlepiej jest wyruszać w drogę jeszcze przed świtem lub późnym popołudniem. Uroku dodają poranne mgły i dobrze wysycone barwy. Poranki są wprawdzie piękne, ale wczesne i nazbyt krótkie, potem światło staje się jaskrawe.
Środek dnia, samo południe, najlepiej przeczekać w cieniu, ograniczając wysiłek wykonywany pod gorącą nieosłoniętą kopułą nieba do niezbędnego minimum. Późnym popołudniem można znowu wyruszać w łąki, o ile tylko nie zanosi się na burzę, bo wtedy owady atakują szczególnie zawzięcie. Tutaj, na wsi, rytm dnia zależny jest od pory roku i pogody - skwaru, deszczu i wichury. Oblepiający letni żar przypomina o tym, podobnie jak gwałtowna burza.Człowiek zna tutaj swoje miejsce. Trwa, bo z jednej jest podobny do mocnego, zakorzenionego drzewa, wrosłego w tradycję i ziemię, z drugiej zaakceptował surowe warunki narzucane mu przez naturę. To trudne i męczące, ale miłość nie jest łatwa, a przecież kochamy matkę naturę.
Środek dnia, samo południe, najlepiej przeczekać w cieniu, ograniczając wysiłek wykonywany pod gorącą nieosłoniętą kopułą nieba do niezbędnego minimum. Późnym popołudniem można znowu wyruszać w łąki, o ile tylko nie zanosi się na burzę, bo wtedy owady atakują szczególnie zawzięcie. Tutaj, na wsi, rytm dnia zależny jest od pory roku i pogody - skwaru, deszczu i wichury. Oblepiający letni żar przypomina o tym, podobnie jak gwałtowna burza.Człowiek zna tutaj swoje miejsce. Trwa, bo z jednej jest podobny do mocnego, zakorzenionego drzewa, wrosłego w tradycję i ziemię, z drugiej zaakceptował surowe warunki narzucane mu przez naturę. To trudne i męczące, ale miłość nie jest łatwa, a przecież kochamy matkę naturę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















