poniedziałek, 6 lutego 2017

Fotograficzny zapis z zimowego safari.

Zima nie odpuszcza. Śniegu za wiele nie ma, ale za to temperatura ostatnio jest zazwyczaj minusowa.
 Lód na rozlewiskach pozostał. Grupy saren, prowadzone przez doświadczoną samicę, można zobaczyć na obrzeżach wioski. Łosie też są tutaj nadal widywane. Otwarte, pozbawione zasłony roślinnej przestrzenie przemierzają lisy. Teraz, na zimowym ascetycznym tle, łatwiej niż latem je zauważyć. Trzeba tylko mieć wpatrzone w tę przestrzeń oczy, przemieszczać się nieśpiesznie, cierpliwie, w wyczekującym skupieniu, po to, aby stać się gotowym kapickie na spotkania z naturą.
Tak jest od wieków, bowiem w obliczu sacrum natury mądry człowiek zastyga w zapatrzeniu, w zasłuchaniu  - milknie i pokornieje.






niedziela, 29 stycznia 2017

Zimowe rozlewiska.

Zimą każde śródłączne rozlewisko ma swoją własną, historię spękania, roztapiania i zamarzania. To jak wygląda zależy od wahań temperatury, grubości lodowej pokrywy, głębokości wody pod nią zalegającej, zabarwienia rudy darniowej i wielu inne czynników. To dlatego na łąkach lodowa tafla zamarzając tworzy barwy i faktury nietrwałe, zmienne, nieprzewidywalne, nigdy takie same, zawsze niepowtarzalne i wyjątkowe.









 Marcowy lód - jego barwy w olsie i w brzezinie:
http://iwaszko.fotopozytywy.pl/index.php?album=7&detail=1917
http://iwaszko.fotopozytywy.pl/index.php?album=7&detail=1924
http://iwaszko.fotopozytywy.pl/index.php?album=7&detail=1926

czwartek, 19 stycznia 2017

Styczniowe łosie.

I znowu pokazuję łosie. Nie trzeba ich  nawet za bardzo szukać, bo zima wygnała je z otwartych przestrzeni nadrzecznych łąk i  z brzezin. Teraz jest ich pełno wokół wioski. Wyłaniają się z porannej mgły, wędrują oszronionymi łąkami, chowają się i żerują w sosnowych lasach. Tak, jak co roku tutejsza zima to czas łosi.









sobota, 14 stycznia 2017

Tęsknota za barwą i blaskiem.

Ociepliło się i przywiało chmury, skutkiem czego ostatnie dni to kwintesencja szarości z dodatkiem bieli. Blask i barwa powrócą pewnie wraz z mrozem i znowu będzie kolorowo, tak jak już tej zimy bywało.




P.S.  Pierwsze zdjęcie zrobiłem zwyczajnie, pod światło, bez dodatkowych filtrów. Dwa ostatnie zdjęcia zrobione są z użyciem filtru zmiękczającego, co skutkuje wrażeniem rozproszenia światła i barwy. Ostrość przestaje być wtedy nachalnie natarczywa, a zdjęcia stają się jakby trochę pastelowe.

Link do zimowych styczniowych pejzaży 2017: http://iwaszko.fotopozytywy.pl/index.php?album=262

niedziela, 8 stycznia 2017

Łoś, droga i krzyż - podlaskie klimaty.


          Łoś to odwieczny podlaski wędrowiec. Jego lekko garbata, zwalista sylwetka wpisała się nieodłącznie w nadbiebrzański pejzaż. Można go spotkać pośród brzezin, sosnowego lasu, otwartych turzycowisk lub nadrzecznych trzcin. Czasami jednak przecina lub porusza się i człowieczymi drogami.
           Podlaskie drogi, szczególnie te, wiodące ku wioskom zagubionym pośród łąk i brzezin, zachowały w sobie coś z czasów, w których bywało, że łosie i ludzie korzystali z nich wspólnie. Ruch na nich jest niewielki. Ludzie przemierzali te drogi nie tak często jak dzisiaj, a kiedy już decydowali się na podróż do pobliskiego miasteczka musieli mieć do tego istotny powód. Obecnie gnają i pędzą właściwie nie wiadomo po co. Wyobcowali się z tej przestrzeni tak dalece, że przestali już być jej częścią. Łosie zaś wędrują odwiecznie tak samo, nieśpiesznie, zgodnie z rytmami czasu i natury.
          Przydrożne krzyże stawiano na Podlasiu przeważnie na rozstajach dróg i przy wjeździe do wiosek. Miały bronić ludzi przed zarazą, wojną, diabłami, złem i nieszczęściami.
          Przydrożny krzyż i łoś spotkany na cichej i zaśnieżonej wiejskiej drodze, w tym samym miejscu i o tym czasie, to magia, która zdarza się tylko i wyłącznie na Podlasiu.

piątek, 30 grudnia 2016

Pożegnanie roku.

Pożegnanie starego roku kojarzy się zazwyczaj z ascetyczną grafiką zimowego pejzażu doliny, z surowym kontrastem bieli i czerni. Tym razem, już nie po raz pierwszy, jest inaczej.
Pokrywy śniegu nie ma. Jest za to woda, której tak na bagnach ostatnio brakowało i pokrywa chmur, czasami jednolicie szarawa, innym zaś razem przebija przez nią słoneczny blask. Właściwie to jest bardziej późno jesiennie niż zimowo, ale za to nie można narzekać na banalność i monotonię nastroju. .










P.S. Śniegu brak, ale jak co roku o tej porze łosie weszły już w sosnowe lasy i wędrują przez Kapice.
http://iwaszko.fotopozytywy.pl/index.php?album=260

wtorek, 13 grudnia 2016

Podchodzenie

          Słowo podchodzenie brzmi ot tak zwyczajnie, jeśli jednak dotyczy ono łosi, nabiera innego znaczenia.
        Kilka godzin włóczenia się po bagiennych łąkach, poprzecinanych mozaiką brzeziny, zawsze jest jak wejście w ciszę, w której z każdym wdechem  zasysa się z przestrzeni jakąś dziwną moc i uspokojenie. To dlatego warto tutaj wędrować. Zwierzaków jednak długo nie mogłem spotkać, chociaż pilnie ich wypatrywałem. Pochmurny dzień zmierzał do swojego końca. Moje nieme i czujne zapatrzenie w dal przyniosło dobry skutek, pozwoliło mi nie przegapić ciemnej, odległej plamy pośród brzeziny okalającej łąkę. Zanim zdążyłem przyłożyć do oka lornetkę ciemna sylwetka jakby rozpłynęła się w brzezinie. Postanowiłem zmienić kierunek mojego marszu odbijając w lewo na skos, tak, aby po przejściu kolejnego brzozowego lasku znaleźć się bliżej miejsca, w które mógł zawędrować domniemany łoś. Po wyjściu na otwartą przestrzeń, dość daleko ode mnie zobaczyłem dwa łosie. Jeden stał na tle ściany lasu, drugi w jego głębi.


           Nie widziały mnie. Szły spokojne w kierunku, w którym i ja zmierzałem. Pozostało mi tylko znowu odbić ciut na lewo i iść uważnie tak, aby nie hałasować nadmiernie. Liczyłem na to, że za kolejnym laskiem nasze drogi zejdą się. Napięcie rosło, serce biło szybciej, wzrok wyostrzał się, uszy wyczulały na najmniejszy szmer. Trudno w słowach opisać emocje i stan skupionego oczekiwania, spokoju który zakrywa wewnętrzne rozedrganie.  Chyba jednak pozostało we mnie coś z pierwotnego łowcy.
      W końcu bingo! Jest ! Na tle kolejnego pasa brzeziny zobaczyłem całkiem blisko klępę z tegorocznym łoszakiem. Aparat fotograficzny był już przygotowany. Łosie szły spokojnie swoją drogą. Nie zauważyły mnie. Za to mnie chyba usłyszały, bo przez chwilę zaprzestały konsumpcji połączonej z wędrówką i zaczęły wpatrywać się w krzaki i brzózki, które kryły moją obecność. Zbytnio się jednak nie przejęły, zanim nieśpiesznie przeszły dalej poskubały jeszcze trochę wierzbowych krzaków.
    






Bezkrwawe łowy zakończyły się, bicie serca powracało do normalnego rytmu.