niedziela, 11 czerwca 2017

Wiosenne łąki.

  Wiosenne łąki wokół Kapic są wypełnione żółciami, rudawymi czerwieniami i innymi barwami. Poranne światło rozświetla je łagodnym blaskiem. Dzienne światło jest dla odmiany jasnosrebrzyste. Wieczorne słońce dodaje  natomiast odcień starego złota. Podobno taki właśnie odcień ukochał Andriej Rublow i dlatego przenosił go do swoich ikon.
   Napotykane sarny, łosie, zające, bociany i żurawie ożywiają łąkowe pejzaże. Ich obecność jest cały czas wyczuwalna, chociaż nie zawsze nam się pokazują. To właśnie wyostrza zmysły i czyni obserwatora czujnym, napiętym i uważnym. Sprawia też, że wędrówka przez wiosenne łąki staje się nie tylko doświadczaniem mistycznego piękna, ale i ekscytującą przygodą.



















































środa, 31 maja 2017

Biebrzańskie snucie się - ciąg dalszy.

   Pisałem już o "snuciu" się. Przypominam, dla nawiązania do tematu, że słowo to oznacza w moim słowniku nieśpieszną wędrówkę, która cieszy sama z siebie i nie ma banalnie praktycznego celu, ale pozwala za to zanurzyć się w biebrzańskiej przestrzeni łąk, turzycowisk i brzezin. Snucie się to bezinteresowne zapatrzenie, zasłuchanie, cierpliwe i uważne wyczekiwanie na to co się wydarzy.
W swojej najdoskonalszej postaci snucie się przypomina medytację, bowiem wszytko to, co nie jest nam dane bezpośrednio przez naturę, wyłącznie tu i teraz, powinniśmy pozostawić za sobą. W przeciwnym wypadku zamiast pokornego zapatrzenia i zasłuchania w biebrzańską dal, ciszę i tajemnicę zafundujemy sobie tylko pogoń za własnymi ambicjami, czyli przedłużenie cywilizacyjnego "wyścigu szczurów".

    Najłatwiej doprecyzować tę myśl przez negację, czyli wyjaśnienie tego czym "snucie się" nie jest. To krótka lista takich czynności:
- zaliczanie rzadkich gatunków traktowane jako cel nadrzędny biebrzańskiej wędrówki
- niecierpliwe i pośpieszne poszukiwanie sensacji przyrodniczych, połączone z ostentacyjnym lekceważeniem tego co najzwyklejsze
- ograniczenie percepcji biebrzańskiej przyrody tylko i wyłącznie do klasyfikowania, nazywania i stosowania miar logiczno - użytkowych
- bezrefleksyjna, ślepa i agresywna pogoń za zdjęciami, nagraniami i innymi formami dokumentowania.

     Nie neguję przy tym sensu realizowania różnych form edukacji i turystyki przyrodniczej, bo to mądra, potrzebna i wartościowa aktywność nadbiebrzańska. Nie neguję też potrzeby i sensu wędrówek fotograficznych, sam je uprawiam. Ale to nie jest dla mnie wszystko.  Nadbiebrzańskie snucie się jest jednak czymś zupełnie odmiennym, doświadczaniem rzeczywistości na innym poziomie percepcji.  Umożliwia bowiem na niemal mistyczne doświadczanie natury i wędrówkę wgłąb własnego jestestwa, co jest nieuchwytne i niedostępne na poziomie logiki zero -jedynkowego konkretu. Te dwa sposoby doświadczania mogą się uzupełniać i wzbogacać. To dlatego nigdy nie używam podczas swoich wędrówek zwrotu "tu nic nie ma" i nie lekceważę biebrzańskiej pustaci. Nie nudzi mnie ona, ale inspiruje.  Dzięki niej mogę powracać z biebrzańskich wędrówek nawet bez sukcesów fotograficzno - łowieckich, bowiem zapatrzenie i zasłuchanie w biebrzańską przestrzeń przybliża, za każdym razem, do współuczestniczenia w tajemnym sacrum Matki Natury. I na tym kończę, bo to doświadczenie nie da się pozamykać w prostą i jednoznacznie oczywistą grę słów.









  

sobota, 6 maja 2017

Łosie po raz kolejny.

      Łosie fotografuję ostatnio dość często. Na Bagnach Biebrzańskich spotkanie z nimi ze statystycznego punktu widzenia nie jest czymś nadzwyczajnym, ale pomimo tego, niezmiennie mnie cieszy i frapuje. To dlatego, że polubiłem te z pozoru niezgrabne zwierzęta.
     Jedna z legend biebrzańskich opowiada o tym, że Pan Bóg ulepił łosia późno, z tego, co już na ziemi było, bo zabrakło mu rajskich zapasów. "Zad wziął od konia, ino bez długiego ogona, racice od krowy, żeby w bagnie nie grzęzły, rogi od jelenia, tylko, że je rozłożył na boki łba, żeby w kustach łoziny nie połamał, uszy jelenia, łeb cudaczny, górna warga dłuższa niż ma koń, dolna niedopasowana, krótsza niż u żubra, kark dał silny od tura". Potem Pan Bóg obejrzał dokładnie "swoje dzieło" i uznał, że łoś wyszedł mu "nie bardzo zgrabny", taki dziwaczny. Powiedział więc do łosia: "pójdź łosiu na bagna i tam będziesz królem wszelkiej żywiny, bo jesteś z nich największy i najsilniejszy". Potem Pan Bóg dodał:  "nie wychodź tylko stamtąd i nie pokazuj się ludziom na oczy, bo nie jesteś piękny". Od tego czasu łoś "tuła się w Dolinie Biebrzy, błąka się i ukrywa w zaroślach, ludzi omijając z daleka".
     Tyle na temat łosia mówi legenda. Ja się jednak z nią nie zgadzam. Może łoś jest troszeczkę dziwaczny, ale jest to jego zaletą, bo nie wygląda banalnie. Jest przez to na swój sposób piękny i jedyny w swoim rodzaju. Mnie swoim wyglądem niezmiennie urzeka i do fotografowania zachęca.








Cytaty pochodzą z książki pod tytułem "O czym szumią łoziny ? Legendy ziemi lipskiej. "

sobota, 15 kwietnia 2017

Łosiowe safari nad Ełkiem.

     Klępa spotkana nad Ełkiem wyszła z trzcinowisk. Nie odbiegła daleko, zatrzymała się, przyjrzała mi się uważnie, po czym ruszyła nieśpiesznie dalej. Zatrzymała się przy drodze biegnącej przez grąd i przyklękła, aby dosięgnąć jakiegoś swojego wiosennego przysmaku. Miejsce na trochę dłuższy  popas wybrała nieodległe. Pozostała na tym samym grądziku. Żerowała długo. Następnie zniknęła na chwilę w wierzbowej gęstwinie. Siłą woli zaklinałem rzeczywistość, licząc na to, że przebiegnie przez wijącą się czarną, wyjeżdżoną w torfie drogę. Torfowe koleiny wiodły pomiędzy ogłowionymi wierzbami, co kojarzyło się nieodparcie z bramą na bagna. No i spełniło się moje fotograficzne oczekiwanie - klępa przekroczyła moją bramę na bagna. Potem przeszła przez rozlewiska i pięknie wpisała się w nadrzeczny pejzaż. Zniknęła w trzcinach, ale rzeki nie przepłynęła. Napotkałem ją ponownie już po chwili, wybiegła z trzcin, przebiegła przede mną rozbryzgując malowniczo wodę. Zatrzymała się jednak na najbliższym wyniesieniu łąki i zajęła się swoimi sprawami, ignorując moją obecność, chociaż byłem cały czas w zasięgu jej wzroku. Wycofałem się powoli. Byłem już daleko od niej, a ona trwała dalej niezmiennie w tym samym miejscu.
     To, co oprócz niecodziennego zachowania się łosia,  jest w tej historii wspaniałe, to fakt, że to samo zwierzę, prawie w tym samym miejscu sfotografowałem na tle trzcin, grądu, utorfionej drogi, nadrzecznego rozlewiska, odległych brzezin i wierzbowych zakrzaczeń. Jak na jedno miejsce, jednego łosia i jedno spotkanie jest to nadzwyczajne bogactwo i zróżnicowanie krajobrazowe. Dochodzi do tego światło łagodne i wyraziste równocześnie oraz urok barwy starego złota.
Wszystko to razem składa się na wyjątkowość, niepowtarzalność biebrzańskch klimatów i sprawia, że dla mnie łosie najpiękniej wyglądają w okolicach Kapic.













środa, 12 kwietnia 2017

Bataliony

Bataliony jak co roku znakomicie wpisują się w nadbiebrzański pejzaż. To stado napotkałem tuż przy wąskiej, bocznej asfaltowej drodze. Nie odleciały nawet gdy zatrzymałem samochód. Bardziej niepokoi je i płoszy ludzka sylwetka.



Niestety, wkrótce nadjechał rowerzysta. W końcu droga to droga. Ptaki zerwały się i odleciały na łąkę kilkaset metrów dalej.


Zdążyłem jeszcze  wysiąść z samochodu i sfotografować ptaki w locie, co z uwagi na szybkość i zwrotność ich lotu nie zawsze się udaje. Tak zakończyła się dla mnie ich obserwacja. To co zobaczyłem i tak było wspaniałym widowiskiem, chociaż trwało zaledwie niecałe dziesięć minut.